Bo wolność – to
Wśród mądrych ludzi żyć
Widzieć dobroć w oczach ich
I szczęście
Marek Grechuta – Wolność
Nareszcie. Jestem wolny. Opuszczam mury tego szpitala z silnym postanowieniem ze juz tu nie wrócę. Nie mam zamiaru przeżywać tego samego, czyli poczucia niesprawiedliwości i kłamu, który towarzyszył mi tutaj każdego dnia. Od tej chwili wracam do świata, który choć nie idealny, to jednak jest mi znany. Towarzyszy mi gniew, żal i niepewność. Ale również i nadzieja. Staram się jak mogę, by to uczucie odeszło ode mnie jako ostatnie.
Przekroczeniu progu szpitala towarzyszy promień słońca padający na moją twarz. To zawsze miłe uczucie. Ciepło i światło na twarzy zawsze potrafi nastroić optymizmem.Więc skąd niepewność?
Głównie stąd Drogi Czytelniku, że na wyjście jest stanowczo za wcześnie. Nie zmienia tego fakt, że byłem na skraju wytrzymałości. Że byłem w stu procentach przekonany o swojej bezsilności wobec „systemu”, buncie i rosnącej wraz z nim agresji. Agresji, którą mógłbym przenieść na współpacjentów, lekarzy a także i siebie. Tak na prawdę mimo zaostrzonych rygorów na oddziale, spostrzegłem minimum kilka sposobów by skrzywdzić kogoś. Siebie – byłoby jeszcze prościej. Zwłaszcza, że „czarne myśli” towarzyszą mi coraz częściej. Mimo wszelkich obiekcji, które miałem i mam co do warunków hospitalizowania, byłem tam pod stałym nadzorem. Ciekawe prawda? To co wewnątrz uważałem za największy minus, już kilka kroków od progu szpitala zaczynam uważać za plus. No, może nie wszystko. Wizyty pod nadzorem wciąż budzą we mnie mocno negatywne odczucia.
Kolejna rzecz, która nachodzi mnie niczym olśnienie to to, że zmiana leków z pewnością będzie wpływała na moją osobę. A jak bardzo będzie wpływać na moje otoczenie? Moje najbliższe otoczenie. Jak bardzo zacznie się zmieniać moje myślenie, moje zachowanie… Już miałem przykład jak reaguję na zmiany i przymusowe odstawienie leków choćby na dwa dni. Teraz nie tylko nie dostarczę organizmowi substancji, która towarzyszyła mi ostatnie lata, ale będę stosował inną… To dopiero może być szok.
Idąc drogą prowadzącą do domu rozmyślam o ostatnich tygodniach i ich wpływie na mnie i moje myśli. Z jednej strony jestem wściekły że się tu znalazłem. Z drugiej żałuję, że potoczyło się to tak jak się potoczyło, a z trzeciej myślę co by było gdybym trafił do bardziej doświadczonej lekarki. Oczywiście moje podejście do P. Doktor jest bardzo subiektywne i nie mam absolutnie żadnej wiedzy na temat jej wykształcenia i doświadczenia zawodowego, ale nie podobało mi się jej prowadzenie mnie jako pacjenta specyficznego. Myślę jak wyglądałoby moje leczenie gdybym trafił na bardziej doświadczonego lekarza. Te myśli towarzyszą mi aż do domu. Teraz tylko wypakować torby i cieszyć się wolnością
Zdrowia
NostrAdamus
Tag: zycie
-
Królów Król
siedzi na swoim tronie
Król Królów
nikt nie zdejmie Mu korony,
Małe TGD – Król
Choć władają zaledwie kilkoma metrami kwadratowymi jakimi jest pomieszczenie sali szpitalnej, wydaje im się że nie są zobowiązani przejmować się współpacjentami. Mało że się nie przejmować. To współpacjenci MAJĄ OBOWIĄZEK dostosować się do „Pana i Władcy”. W końcu jeśli on się obudził, pobudka powinna dotyczyć wszystkich, jeśli zaś pragnie spokoju to nawet mucha ma obowiązek latać z tłumikiem w dupie.
W końcu co z tego, że ktoś miał złą noc zwracając nieprzyswojony przez żołądek pokarm? Co z tego, że pod ścianą jakiś pacjent rozwiązuje krzyżówkę i potrzebuje światła? Co z tego, że właśnie pacjenci rozprawiają entuzjastycznie na jakiś temat? JEMU w tej chwili TO przeszkadza. Przestańcie poddani bo to ON wasz Władca jestem niezadowolony
I nie licz Drogi Czytelniku, by kiedykolwiek Władca zapytał o potrzeby innych, o nie! Pan i Władca nie będzie się przejmował pospólstwem. Przecież to ON decyduje o wszystkim.
Jak myślisz Drogi Czytelniku, jaki ma to wpływ na innych pacjentów? Oczywiście nie mogę wypowiadać się za wszystkich, ale we mnie wzbudza agresję. I to tak wielką agresję jakiej od dawna nie czułem. Nie mogę dać jej ujścia, bo znam siebie i wiem doskonale, że jeśli pozwolę sobie choć na jedno słowo, skończy się w najlepszym wypadku karczemną awanturą, a w najgorszym rękoczynami. Choć może rękoczyny mogłyby nie być takie złe… Raz pomogły…
Zdrowia
NostrAdamus -
Wczoraj znowu nie wyszło
I nie masz na nic sił
Wciąż niepewna jest przyszłość
Pustka w głowie tkwi
Roksana Węgieł – obiecuję
Kolejna kumulacja. Tym razem przekonuję się,że w tym szpitalu na prawdę mi nie pomogą. Zamknięcie i odcięcie od świata wcale nie wpływa na mnie pozytywnie. W każdej chwili odbywa się tu walka między pacjentem a systemem. Tak jak już wcześniej Ci opisywałem Drogi Czytelniku, psychiatria w Polsce jest stanowczo niedofinansowana. Odbija się to czasem na relacji pacjent – lekarz. Może się mylę, ale tak jak i w innym zawodzie powinien działać duet – doświadczony lekarz i stażysta tak tutaj spycha się świeżo upieczonego „specjalistę” na głęboką wodę. W związku z tym najczęstszą odpowiedzią na poruszony problem jest odpowiedź ” Niech Pan porozmawia z lekarzem prowadzącym”. A co jeśli lekarz prowadzący to tak na prawdę nieopierzone pisklę, które jedyną wiedzę wyciągnęło z książek i to jeszcze na poziomie 3+?
Ale rozmawiamy… stuk klawiszy klawiatury sugeruje profesjonalne podejście do pacjenta. Notatki zapełniające pojemność wyświetlacza monitora dają nadzieję na rozwiązanie problemu, z którym tu się pojawiłem. Wreszcie pada jedno z najważniejszych pytań :
– Czuje się Pan tu lepiej czy gorzej?
Odpowiadam zgodnie z prawdą, że całkowita izolacja wpływa na mnie stanowczo negatywnie. Narastająca frustracja i brak ujścia narastającej agresji wpływa stanowczo przeciwnie do zamierzonego efektu.
W końcu zapada decyzja o dodaniu leku wyciszającego do codziennej puli leków. Może jeszcze zmiana sali? W końcu P. Doktor ze zniechęceniem w głosie stwierdza:
-„Nie jestem pewna czy mamy tutaj warunki aby Panu pomóc…”
Ręce mi opadają… To jakie potrzebne są warunki? Chyba tylko bardziej doświadczony zespół. No cóż.
Zdrowia
NostrAdamus -
Wzywam Cię, wzywam Cię do rozmowy szczerej
Do rozmowy tak odważnej. ze aż boli
Są sprawy, o których nawet myśleć wstyd
Nie bójmy się o nich mówić
TSA – Rozmowa
Niestety nie przesadzam. Problem z przekazywaniem informacji w tym miejscu urasta do wagi tajemnicy państwowej
Pierwszy przykład to samo przyjęcie do szpitala. Otrzymujesz polecenia, których słuszności w ogóle nie rozumiesz, kórych nikt nie ma ochoty wyjaśniać. W najlepszym przypadku możesz się domyślić.
Oddanie sznurówek? No tak. każda z nich ma długość ponad dwóch metrów. Idealne,żeby wykorzystać jako stryczek lub garotę.
Odebranie karty kredytowej? Można zamiawiać stąd posiłki. poza tym karta ma odpowiednie numery do handlu w internecie.
Odebranie telefonu? dowiaduję się pryczyny dopiro później.
Komunikacja między pacjentami a lekarzami leży. Widać to podczas obchodów, rozmów bezpośrednich, wyjaśnień..
Komunikacja między pacjentem a pielęgniarzem? To jeszcze najbardziej zwięzła forma rozmowy. Nie jwst pozbawiona oczywiście wad, ale mniędzy niektórymi rozwinęła się nawet nić sympati i mówią do siebie po imieniu. Łagodzą spory, pomagają w jedzeniu czy przepraniu.
Pacjenci kontra obsługa
To drogi czytelniku najlepszy przepis na awanturę. Panie dzierżącemopy, szmaty i ine tego typu oręże zachowują się tak, jakby to ONE tu rządziły. Ja na prawdę zdaje sobie sprawę, że mają bardzo ograniczony czas na ogarnięcie całego szpitala, że żyją w stresie, ale wyładowywanie go na pacjentach wcale nie ułatwia nikomu życia. Pacjenci przerzucani z kąta w kąt, zaganiani do przenoszenia szafek i przesuwania łóżek – w końcu to chłopy… Nie miałbym nic przeciwko pomocy, gdyby nie „prośby” Pań Sprzątaczek:
-Na co czeka? Szafka się sama nie przesunie.
– Gdzie o stawia? Przecie ja zaraz odkurzać tam bede.
– Poprawi te pościel. zara obchód bedzie
Jedna z nich poproszona o zalanie herbaty wrzątkiem odpowiada: „Sanitariusze som od tego a nie ja”.
Czara wkurwu ( wybacz Drogi Czytelniku słownictwo ale dlikatniej tego nie można nazwać ) przelała się w chwili, gdy pewna „królowa” naskoczyła na pacjenta gdy ten pprosił o wydanie kolejnej łyżki – zwykłej łyżki plastikowej jakich używa się we wszelkich budkach serwująych dania na wynos. krew mnie zalała. Dopadłem do okienka wydawek z żądaniem wydania temu człowiekowi łyżki i to z taką siłą głosu, że z pewnością słyszał mnie nie tylko cały oddział ale i cały szpital. Wkrótve okazało się, że cała sprawa nie powinna mieć miejsca. Otóż części pacjentów wydano komplet – powtarzam komplet twardych plastikowych sztućców. Reszta musiała radzić sobie plastikową łyżką. Niestety „królowa” nie była uświadomiona i w końcu z purpurą na policzkach przyznała się do błędu. Oczywiście o skrusze ni było mowy.
Obsługa kontra obsługa. Uświadomienie o podobnej sytuacji oczywiście należało do koleżanki „królowej”, ale ko by się zastanawiał nad takimi duperelami…
Komunikacja między pielęgniarzami i lekarzami już absolutnie nie jest mi znana.
Moja rada Drogi Czytelniku jest następująca:
Pytaj, pytaj i jeszcze raz pytaj. Każdego i o wszystko. Słuchaj o czym mówią pacjenci a przede wszystkim:
PAMIĘTAJ ŻE MASZ SWOJE PRAWA !!
Zdrowia
NostrAdamus -
Każde Twoje zdanie
Jest, jest podejrzane
Tracę zaufanie
Do Ciebie Kochanie
Mezo – Zaufanie
Drogi Czytelniku, prawdopodobnie spotkałeś się przynajmniej raz z sytuacją, gdy Twoja szczerość przyniosła nieoczekiwane skutki… Podobnie ma się z lekarzami. Ich doświadczeniebardzo czesto pomaga nabrać zaufania do nich. Niestety istnieją jednostki, których doświadczenie przeradza się w rutynę, a wówczas mogąwywołać więcej szkody niż pożytku.
Zacznijmy jednak od tych wzbudzających zaufanie.
Moj pierszy lekarz, tak jak wspominałem już wcześniej, przyjął mnie w prywatnym gabinecie. wysłuchał mnie, zanotowoał i przepisał lek z zastrzeżeniem, że jego dawki będą wymagać zwiększania. Pdobne wizyty odbywały się z częstotliwością miesiąca. Maksymalna dawka leku zadziałała. I to aż za dobrze. Wkrótce ospałość i niemoc odeszły w zapomnienie. Stałem się za to chodzącą bombą, którą detonowały najmniejsze głupoty. Doszło do tego, że uderzyłem kolegę jedynie za to, że mnie zdenerwował. Lekarkę tę poleciłem kilku znajomym, o różnych stopniach i objawach. Okazało się że KAŻDA z nich otrzymała receptę dokładnie na ten specyfik. Wydało mi się to dziwne, dlatego zdecydowałem się na konsultację u innego lekarza.
<Inny lekarz zdecydował się na obniżenie dawki o 25%, po czym odesłała do domu. Zero wywiadu, żadnych pytań o mnie, po prostu ma Pan receptę i do widzenia. Oczywiście do tego "widzenia" nigdy nie doszło.
Kolejne podejście – P.Doktor wychwalana pod niebioisa przez jej byłą pacjentkę. Ruszam do nie j pełen nadziei i… Kompletne fiasko. Oprócz zachowania dawki leków kieruje swoje myśli tylko i wyłącznie kwesti spoźywanego alkoholu. W jej oczach urastam do pijaka, który nie wychodzi z ciągu alkoholowego i natychmiast [sic!]* powinienem udać się do poradni odwykowej.
Slag mnie trafił na miejscu. skłamałbym gdybym stwierdził że jestem całkowitym abstynentem. Co to, to nie. Daleko mi jednak do alkoholika, a tym bardziej kogoś kto wymaga odwyku. Po raz kolejny stwierdziłem , że nie jest to lekarz dla mnie. Nie chcę spotykać się z lekarzem który najchętniej za każdym razem badałby mnie alkomatem.
Kolejnym lekarzem okazał się mężczyzna. Od razu uprzedzony, że mam jedynie 15 minut na wizytę strześciłem szybko swój problem i odpowiedziałem na kilka pytać. Oprócz stale przyjmowanego , miałem przyjmować również lek wspomagający.
TRZY DNI!!!
Trzy dni wystarczyły by z chmury gradowej zmienić się w lekki obłok. Oczywście agresja wciąż mi towarzyszyła, ale wyzwolić ją musiał już konkretny przypadek.
Wreszcie trafiłem na LEKARKĘ [sic!]
To co? Szpital?
I teraz nie wiem, nauczony doświadczeniem, czy następnym razem wspominać o moich kontaktach z używkami? Czy zwracać uwagę, że kilkudniowy pobyt w szpitalu nie przyniósł ze sobą ŻADNYCH objawów odstawiennych?czas pokaże…
Zdrowia
NostrAdamus
*sic (także z wykrzyknikiem na końcu lub sam wykrzyknik) – oznaczenie oryginalności zapisu, utworzone z łacińskiego wyrażenia sīc erat scriptum, oznaczającego „tak było napisane”, „jak stoi”, zazwyczaj umieszczane w nawiasach kwadratowych. -
What’s in your head
in your head
Zombie, zombie, zombie
The Cranberries – Zombie
I tak to wygląda. Otaczają mnie Zombi. Zresztą jestem jednym z nich. W zależności od godziny można wyróżnić tutaj przy podstawowe tryby:
UŚPIENI
To pacjenci powaleni działaniem leków, lub po prostu zmęczeni nawałem myśli bądź nieróbstwem
MYŚLICIELE
Oczy otwarte, wpatrzone w sufit lub zasłonzasł okno. Zwykle całkowicie milczący, choć zdarzają się przypadki, które mi;lkną jedynie pocdczas snu wypowiadając napływające myśli z prędkością karabinu maszynowego
SPACEROWICZE
Wpatrzeni przed siebie, z błędnym wzrokiem, sunący powoli korytarzem noga za nogą.Trudno określić czy w ich głowach buzują jakieś myśli czy skupiają się jedynie na marszu.
Wszystkie te typy czasem grupują się wykonując dokładnie te same czynności. Nawiązują przy tym nawet krótkotrwałe dialogi które kończy zwykle dźwięk nadawania serwisu informacyjnego. Wówczas najczęściej rozchodzą się i znów zajmują się własnym światem.
Oczywiście najlepszą grupą, która nawiązuje ze sobą najlepszy kontakt są palacze. Od zawsze, a przynajmniej od czasów Kolumba wiadomo, że fajeczka najlepiej łączy ludzi. A skąd w ogóle skojarzenie z zombi?
Jestem jego dobrym przykładem. W końcu każdy mój dzień wygląda tak samo:
Sen
Pobudka na śniadanie
Sen
Pobudka na obiad
Uwolnienie myśli, które najbardziej chcą się wyrwać na zewnątrz
Oderwanie od nich
Wołanie na kolację
Dzielenie się z Tobą drogi czytelniku moimi przemyśleniami
Sen i…
I tak dzień za dniem. Każdy podobny do drugiego jak dwie krople wody. Chyba gdyby nie częste zaglądanie do kalendarza prawie ne byłbym w stanie określić daty…
Zdrowia
NostrAdamus -
Może nie ma innego
niż nasze postrzeganie wystarczy to na krytykę
na odmienności
na brak dostrzegania
innymi oczami
Lucky Person – Postrzeganie świata
Chciałbym Drogi Czytelniku przedstawić Ci teraz sposób podejścia trzech osób patrzących na mój pobyt w szpitalu.
PIERWSZY
– pacjenta,już znasz. Piszę o nim praktycznie od samego początku.
DRUGI – odwiedzającej mnie osoby równie jak ja (a prawdopodobnie i silniej) borykającej się z problemem depresji, tyle, że już dawno orzeczonej. to osoba, która korzystała już z kilku metod pomocy – leki, psychiatrzy, terapie, psychologowie. Osobiście, nie miała okazji zapoznać się z całkowitym odseparowaniem od świata codziennego. Jej sposób myślenia jest mocno uwarunkowany od informacji, które ja jej przekazuję. Dlatego po przekroczeniu progu recepcji nie ma mowy o obiektywnym spojrzeniu. Oczywiście uzyskuję od niej wsparcie – „wytrzymaj, musisz wyzdrowieć, współczuję” to najczęstrze słowa której od niej słyszę.
TRZECI – również odwiedzającej, ale związanej ze służbą zdrowia i pomocy potrzebującym. Pierwsze, co uderza mnie momentalnie na samym wejściu to jej słowa:
– „Trochę posiedziałam tutaj zanim poprosiłam żeby Cię zawołano”
Przez cały tem=n czas obserwowała zachowanie pracowników, pacjentów i innnych odwiedzających. W jej przypadku nie padają słowa takie jak „Przykro mi”… O nie! W jej przypadku emocje nie biorą góry. Króluje doświadczenie zawodowe i obiektywizm.
– Zrozum, że muszą tak postępować bo… Tłumaczy mi pewne zachowanie zarówno lekarzy jak i peacowników hmmm…. zewnętrznych Potwierdza się więc powiedzenia „punkt widzenia zaleźy od punktu patrzenia’. Trzy różne postawy… Która tak na prawde właściwa? Tak na prawdę to każda. Dlatego właśnie warto poznać kilka opinii zanim całkowicie ustali się swoją.
Zdrowia.
NostrAdamus
-
Polska
Mieszkam w Polsce
Mieszkam w Polsce
Mieszkam
Tu Tu Tu Tu
Kazik Staszewski – Polska
Drogi Czytelniku. Daleki jestem od nazywania siebie specjalistą w dziedzinie ogólnie przyjętej psychiatrii. Nie czytam medycznych periodyków, nie słucham raportów finansowych, a tym bardziej nie śledzę statystyk, które w rzeczywistości i tak są zaniżane – przynajmniej jeśli chodzi o samobójstwa ( to jedyna pewna informacja pochodząca wprost ze źródła, czyli Policji ). Chciałbym jednak podzielić się z Tobą własnymi obserwacjami , które poczyniłem przez lata odkąd pierwszy raz spotkałem z pojęciem depresja.
To co zauważyłem i co niestety potwierdza się praktycznie na każdym kroku to to, że w naszym kraju psychiatria jest chyba najmniej docenianą dziedziną medycyny. Niedocenianą pod każdym możliwym względem – od przeznaczanych środków na wyposażenie budynków i uposażenie personelu, poprzez praktykę i wreszcie uświadamianie problemu tym, którzy się go nie spodziewają. Oczywiście nie mam tu na myśli wykształcenia lekarzy, ale warunki w jakich muszą pracować, a te pod każdym względem nie są łatwe. Nie mówię o lekarzach bo po pierwsze – mam za małe doświadczenie w kontaktach z nimi. Po drugie – uzyskanie dyplomu jakiejkolwiek uczelni medycznej jest dla mnie godnym najwyższego szacunku. Mam na myśli różnice między ilością gabinetów i warunkami pracy lekarzy różnych specjalności.
Oczywiście jako typowy „domator” nie mam zielonego pojęcia jak jest w innych krajach, tych bardziej rozwiniętych i tych sto lat za nami, ale w Polsce według mnie jest stanowczo za mało placówek oferujących pomoc psychiatryczną przede wszystkim dla dzieci. Nieco lepiej jest z młodzieżą, choć i tu niema nad czym piać z zachwytu i dorosłymi. Oczywiście mam na myśli pomoc „bezpłatną”. Dużo lepiej ma się rzecz z gabinatami prywatnymi, ale nie każdego stać na wydanie kilkuset złotych miesięcznie na próbę ratowania siebie. Najlepszym przykładem niewystarczającej ilości lekarzy jest moje własne doświadczenie. Większość z nas orientuje się, jak wyglądają terminy do lekarza specjalisty. Mój wyznaczono za około trzy miesiące od daty rejestracji. Do tego czasu miałem przepisany lek doraźny który, jak mnie ostrzeżono, jest mocno uzależniający. Kilka dni przed terminem wizyty dzwoni telefon. Pani recepcjonistka uprzejmie informuje mnie, że wizyta zostaje odwołana, gdyż od następnego dnia lekarz wypowiedział kontrakt, a innego specjalisty brak. Postawiony pod ścianą jestem zmuszony do wizyty prywatnej
Pewna sieć lecznic oferująca częściowo odpłatne usługi medyczne ma w swojej szerokiej ofercie psychiatrę, a nawet kilku, ale z zastrzeżeniem, że w ciągu roku można skorzystać z ich porad maksymalnie trzy razy. TRZY RAZY! To nawet nie jest jedna wizyta na kwartał… Oczywiście można umówić się na kolejne, ale wówczas wiąże się to z dodatkowymi kosztami, gdyż takich wizyt abonament więcej nie obejmuje. Oczywiście nie muszę wspominać że z lekarzami innych specjalizacji datkow obostrymi nie ma?
Przejdźmy na koniec do szpitala. Budynek z czasów PRL proszący się o remont już od lat. Przestarzałe wyposażenie i z pewnością nieadekwatne do uciążliwości pracy wynagrodzenie. Wszystko w kontekście nowoczesnej, dofinansowywanej placówki wygląda niezwykle ubogo. Oczywiście wiem Drogi Czytelniku, że to dyrektor placówki jest odpowiedzialny za pozyskiwanie funduszy, ale z doświadczenia wiem, że dyrektorem powinien zostać albo dobry ekonomista albo lekarz. Zwykle wybierani są lekarze. Nie ma więc o co mieć do nich pretensji, że wybierają zdrowie nad komfort pacjentów.
Oczywiście to temat rzeka. Jest masa innych tematów które można by było tutaj zawrzeć, ale wybrałem te, którymi chciałem się z Tobą Drogi Czytelniku pod podzielić.
Zdrowia
NostrAdamus
Ps. Właśnie wysiadł czajnik elektryczny. Szefowa oddziału musi wystosować prośbę o nowy…. -
Sam w czterech ścianach powracam w tamte lata,
sam to cel,ściany to atak,
sam już wiem, że prawda skrywana po kątach,
przeszłość nigdy nie była prosta.
Jula i Fabisz – „Przeszłość”
Siedząc na łóżku i gapiąc się tępo w ścianę zastanawiam się jak doszło do tej sytuacji. Jak znalazłem się w tym miejscu?
Aby odpowiedzieć na to pytanie muszę cofnąć się w czasie. Daleko… Bardzo daleko… Na to jednak przyjdzie jszcze czas, a na razie skupię się na wydarzeniach, które przypieczętowały konieczność podjęcia przeze mnie tego kroku.
Jak się dobrze zastanowić – takie wydarzenia były dwa. Pierwsze, to zakończenie mojej ponad dziesięcioletniej współpracy z firmą, w którą włożyłem masę wysiłku, czasu i pieniędzy.
Początki były wręcz fantastyczne. Wspólna pasja, chęć rozwoju i dążenie do celu, którym było osiągnięcie wysokiej pozycji na rynku jednoczyło nas i dawało silną motywację do działania. Założyciel firmy angażował się na równi z nami, a być może nawet więcej, bo oprócz pracy z nami „ramię w ramię” dodatkowo poszukiwał nowych zleceń, I to bardzo aktywnie. Oczywiście były wzloty i upadki, ale z każdym rokiem firma odnosiła coraz większe sukcesy. Rotacja była, a i owszem, ale „podstawa” zespołu była praktycznie ta sama.
Jak zwykle, to co dobre musi się kiedyś skończyć.
Znasz Drogi czytelniku powiedzenie że „za każdym mężczyzną sukcesu stoi kobieta”? Ja lubię jeszcze jeden cytat, znany od stuleci: „Mimo płci naszej tak wielkiej zalety, My rządzim światem, a nami kobiety”
Na efekty tych „rządów” ne trzeba było długo czekać. Firma otrzymała ogromne, jak do tej pory zlecenie. Po pewnych zawirowaniach w realizacji projektu, szef wyznaczył mi koordynację realizacji zlecenia, co jednak wymagało ode mnie stałej dyspozycji (czyt. pozostawania na terenie przez 24 godziny na dobę) przez okres około trzech tygodni. było to bardzo duże wyzwanie zarówno dla mnie jak i dla szefa. Oczywiście jego starania wspierała będąca przy nim prawie non stop partnerka, która nie skrywała wrogości do mnie. Ja, pozbawiony fizycznego kontaktu z bliskimi, wystawiony na duży stres i borykanie się z problemami co prawda znanymi, ale nie na tak wielką skalę, niejednokrotnie bliski byłem rezygnacji, ale poczucie obowiązku nie pozwalało mi na pozostawienie podległych mi osób bez pomocy.
Udało się. Wykonaliśmy zlecenia uzyskując słowa uznania od klienta. Kosztowało mnie to masę zmęczenia, stresu i zero czasu dla bliskich. Oczywiśce „szefowa”, nie raz wypominała mi że płacą mi za spanie na terenie miejsca pracy i informowała o niesnaskach spowodowanych moją osobą między nią a partnerem.
Przez kolejne lata nieraz słyszałem że gdyby nie szef… „Uśmiech firmowy” nie potrafił ukryć niechęci jaką stale darzyła mnie „szefowa” spowodowanej, jak mi się wydaje, zazdrością o moją pozycję i zaufanie, jakim obdarzal mnie szef. Oczywiście nie przeczę, że byłem prezz niego faworyzowany, ale zasłużyłem sobie na to ciężką pracą.
Wreszcie nadszedł JEJ dzień. Na ten dzień jak odczułem „szefowa” czekała od lat. Popełnłem błąd, który wydawał mi się dość mało znaczący, ale okazał się mnieć dla mnie poważne konsekwencje. Wkrótce otrzymłem sms zaczynający się od słów „Muszę to napisać bo mnie rozerwie!” Następnie przeczytałem, że to również JEJ firma, że ONA nie zgadza się na takie błędy a moje relacje z szefem ONA uważa za złe. Wypomniała mi, że przecież firma płaciła mi WTEDY za spanie „w pracy” (tak jakbym miał wytrzymać 540 godzin bez snu) i jeszcze kilka innych „miłych” słów.
Miałem serdecznie dość. Cała dekada współpracy, zaangażowania, ryzykowania utraty życia rodzinnego, wykonywania niejednokrotnie JEJ obowiązków, dawania z siebie stu procent odniosło jedyne taki skutek że poczułem się wręcz pasożytem żerującym „szefostwie”. Dziesięć lat pełnego zaangażowania tylko po to by poczuć się jak… Nie miałem ochoty dłużej tego znosić. Po raz ostatni pojawiłem się w pracy tylko po to, by odzyskać mój prywatny sprzęt i podziękowałem szefowi za współpracę.
Drugie wydarzenie, choć dla Ciebie Drogi Czytelniku mogłoby wydawać się nie istotnym dla mnie było tak samo wielkim, o ile nie większym, ciosem jak smsy od „szefowej”.
Od lat związany jestem z inną firmą, w której wykonuję podobne obowiązki jak w poprzedniej o której pisałem (dla pewności – nie są one konkurentami). Stanowimy newielki, ale dobrze zgrany zespół – niemalże rodzinę. Staramy się pomagaż jeden drugiemu w problemach nie oczekując oczywiście żadnych dowodów wdzięczności.
Jeden z naszych pracowników, który cierpi na problemy neurologiczne, kilkukrotnie był zmuszony skorzystać z mojej fizycznej pomocy w trakcie nasilenia problemu. Oprócz wsparcia fizycznego dołożyłem wszelkich starań by zapewnić mu max pomocy z mojej strony. Odnowiłem stare kontakty uzyskując nazwisko najlepszego dostępnego dla mnie lekarza specjalizującego się wtego typu przypadkach.
Podobnie w jego dolegliwości starała się pomóc mu jego Przyjaciłóka, która często odwiedzała go w miejscu pracy. Wystarczyło spojrzeć w jego oczy, żeby zauważyć, że pragnie, by przyjaźń przerodziła się w coś więcej.
Któregoś dnia, dowiedziałem się, że Przyjaciółka ma również problemy zdrowotne. Moja reakcja – standard. w ciągu minuty wykonałem telefon i zapewniłem jej doraźną pomoc. To spowodowało, że nawiązałem z Przyjaciółką nic sympatii i zaczęliśmy prowadzić szczere rozmowy prawie zawsze, gdy zjawiła się u kumpla w pracy.
Kilka miesięcy później koledze wyrwało się, że wspólnie z Przyjaciółką szukają mieszkania do wynajęcia. Rozumiesz to Drogi Czytelniku?
WSPÓLNIE !!!
Moja radość dorównywała ich radości, a może nawet była większa…? Bardzo lubię oboje, więc ich wpólne szczęcie działało na mnie jak gorące promienie słońca padające na moje serce (dokładniej mówiąc mózg, ale chyba rozumiesz o co mi chodzi). To była jedna z niewielu rzeczy, która dawała mi siłe do uśmiechu w tej pracy, a musisz wiedzieć Drogi Czytelniku, że nie jest to dla mnie proste. Niestety, do czasu…
– To między Tobą a Przyjaciółką musi się skończyć! Nie udawaj że nie wisz o co mi chodzi!
– Próbujesz ją poderwać!
Zdębiałem. Przez krótką chwilę liczyłem na to, że to wszystko tylko mi się wydaje, że po prostu mi się to śni…
Szok, ból, agresja. Znane mi już od lat, następujące po sobie nieodzownie uczucia wybuchły niczym wulkan. Serce kołatało mi w piersi sprawiając wręcz fizyczny ból po którym nastąpiła całkowita niemoc. Wróciły wspomnienia rozczarowania i rozpaczy po utracie miłości. Wspomnienia, kiedy to jednego dnia straciłem i kochaną kobietę i „przyjaciela” wróciły zwielokrotnione i tak samo jak wtedy zabolały. Kiedyś Ci o tym opowiem Drogi Czytelniku.
Przez cały wieczór nie potrafiłem uwierzyć w to, o co zostałem oskarżony. Czyli co? Moja chęć pomocy, rozmowy, wszystko to po to by doprowadzić do seksu z Przyjaciółką? To był cios, którego skutki odczuwam do dziś. Od tej pory sama myśl, że mam iść TAM do pracy poprzedzony jest całym rytuałem gdzie głębokie wdechy są jedynie małym elementem.
Tygodnie niemocy doprowadziły mnie do podjęcia decyzji o leczeniu w szpitalu. Teraz, leżąc na łóżku liczę na poprawę. Wszystkiego.
Zdrowia.
NostrAdamus -
Gdy swe oczy otworzyłem
Wielki żal ogarnął mnie
Po policzkch łzy spłynęły
Zrozumiałem wtedy, że…
Strachy na Lachy – Czarny chleb i czarna kawa
Drogi czytelniku
Jeśli nadal jesteś ze mną to znaczy że moje przeżycia mogą Ci się wydać interesujące. A skoro tak…
– „To co? Szpital?” Słowa P.Doktor zdradzają nieuniknione.- Jest Pan gotowy udać się na oddział od razu?
Czy jestem gotowy? Oczywiście że nie!
Informuje P.Doktor o konieczności podstawowych przygotowań i umawiamy się na moje stawiennictwo w szpitalu następnego dnia do południa. Prawie całą noc myślę czy na pewno naszykowałem wszystko co będzie potrzebne na pierwsze dni pobytu. Ładowarka, piżama, kosmetyki… w końcu zasypiam w przekonaniu że jestem gotowy. Jakże się myliłem…
Tuż przed południem zjawiam się w ustalonym miejscu, przekraczam próg i….
SZOK !!!
Na wstępie dowiaduje się, że muszę pozbyć się wszelkiej elekrtoniki, metalu, nawet dowodu osobistego i karty platniczej!
Może i Ciebie Drogi Czytelniku zaciekawi czemu nie mam możliwości wniesienia na oddział telefonu komórkowego? Odpowiedź sanitariusza jest prosta i jak dla mnie zrozumiała.
-Kiedys można było wnosić. Ale znaleźli się tacy, którzy filmowali i pokazywali innym. Potem zakazano…
Posłusznie pozbywam się wszystkiego co może stanowić według sanitariusza zagrożenie – wraz z paskiem i sznurówkami.
Zanim trafię do saliczeka mnie jeszcze wywiad przed forum lekarskim. Pytania chyba są standardowe – o samopoczucie, myśli samobójcze, omamy itp.
Trafiam w końcu na salę. Mogę sobie wybrać jedno z czterech wolnych łóżek. Wybieram najbardziej oddalone – w samym rogu najbardziej oddalonym od wejścia.
Zostaję sam. To znaczy są oczywiście inni pacjenci, ale póki co ani ja nie zwracam na nich uwagi, ani oni na mnie. Pogrążam się we własnych myślach. Póki co nikt nie kwapi się z jakimikolwiek wyjaśnieniami jakie panują tu zasady i „obyczaje”. Personel widocznie wychodzi z założenia że i tak je poznam. Prędzej czy później.
Jak zresztą przekonuję się w ciągu najbliższych dni. słowa „sprawdź”, „przekonaj się” są ulubionymi słowami personelu.
Wciąż w szoku, czując się całkowicie zagubiony i osamotniony – zasypiam.
Tak oto Drogi Czytelniku wyglądało moje zderzenier ze szpitalną rzeczywistością.
Zdrowia
NostrAdamus