3.Przeszłość….

Sam w czterech ścianach powracam w tamte lata,
sam to cel,ściany to atak,
sam już wiem, że prawda skrywana po kątach,
przeszłość nigdy nie była prosta.

Jula i Fabisz – „Przeszłość”

Siedząc na łóżku i gapiąc się tępo w ścianę zastanawiam się jak doszło do tej sytuacji. Jak znalazłem się w tym miejscu?
Aby odpowiedzieć na to pytanie muszę cofnąć się w czasie. Daleko… Bardzo daleko… Na to jednak przyjdzie jszcze czas, a na razie skupię się na wydarzeniach, które przypieczętowały konieczność podjęcia przeze mnie tego kroku.
Jak się dobrze zastanowić – takie wydarzenia były dwa. Pierwsze, to zakończenie mojej ponad dziesięcioletniej współpracy z firmą, w którą włożyłem masę wysiłku, czasu i pieniędzy.
Początki były wręcz fantastyczne. Wspólna pasja, chęć rozwoju i dążenie do celu, którym było osiągnięcie wysokiej pozycji na rynku jednoczyło nas i dawało silną motywację do działania. Założyciel firmy angażował się na równi z nami, a być może nawet więcej, bo oprócz pracy z nami „ramię w ramię” dodatkowo poszukiwał nowych zleceń, I to bardzo aktywnie. Oczywiście były wzloty i upadki, ale z każdym rokiem firma odnosiła coraz większe sukcesy. Rotacja była, a i owszem, ale „podstawa” zespołu była praktycznie ta sama.
Jak zwykle, to co dobre musi się kiedyś skończyć.
Znasz Drogi czytelniku powiedzenie że „za każdym mężczyzną sukcesu stoi kobieta”? Ja lubię jeszcze jeden cytat, znany od stuleci: „Mimo płci naszej tak wielkiej zalety, My rządzim światem, a nami kobiety”
Na efekty tych „rządów” ne trzeba było długo czekać. Firma otrzymała ogromne, jak do tej pory zlecenie. Po pewnych zawirowaniach w realizacji projektu, szef wyznaczył mi koordynację realizacji zlecenia, co jednak wymagało ode mnie stałej dyspozycji (czyt. pozostawania na terenie przez 24 godziny na dobę) przez okres około trzech tygodni. było to bardzo duże wyzwanie zarówno dla mnie jak i dla szefa. Oczywiście jego starania wspierała będąca przy nim prawie non stop partnerka, która nie skrywała wrogości do mnie. Ja, pozbawiony fizycznego kontaktu z bliskimi, wystawiony na duży stres i borykanie się z problemami co prawda znanymi, ale nie na tak wielką skalę, niejednokrotnie bliski byłem rezygnacji, ale poczucie obowiązku nie pozwalało mi na pozostawienie podległych mi osób bez pomocy.
Udało się. Wykonaliśmy zlecenia uzyskując słowa uznania od klienta. Kosztowało mnie to masę zmęczenia, stresu i zero czasu dla bliskich. Oczywiśce „szefowa”, nie raz wypominała mi że płacą mi za spanie na terenie miejsca pracy i informowała o niesnaskach spowodowanych moją osobą między nią a partnerem.
Przez kolejne lata nieraz słyszałem że gdyby nie szef… „Uśmiech firmowy” nie potrafił ukryć niechęci jaką stale darzyła mnie „szefowa” spowodowanej, jak mi się wydaje, zazdrością o moją pozycję i zaufanie, jakim obdarzal mnie szef. Oczywiście nie przeczę, że byłem prezz niego faworyzowany, ale zasłużyłem sobie na to ciężką pracą.
Wreszcie nadszedł JEJ dzień. Na ten dzień jak odczułem „szefowa” czekała od lat. Popełnłem błąd, który wydawał mi się dość mało znaczący, ale okazał się mnieć dla mnie poważne konsekwencje. Wkrótce otrzymłem sms zaczynający się od słów „Muszę to napisać bo mnie rozerwie!” Następnie przeczytałem, że to również JEJ firma, że ONA nie zgadza się na takie błędy a moje relacje z szefem ONA uważa za złe. Wypomniała mi, że przecież firma płaciła mi WTEDY za spanie „w pracy” (tak jakbym miał wytrzymać 540 godzin bez snu) i jeszcze kilka innych „miłych” słów.
Miałem serdecznie dość. Cała dekada współpracy, zaangażowania, ryzykowania utraty życia rodzinnego, wykonywania niejednokrotnie JEJ obowiązków, dawania z siebie stu procent odniosło jedyne taki skutek że poczułem się wręcz pasożytem żerującym „szefostwie”. Dziesięć lat pełnego zaangażowania tylko po to by poczuć się jak… Nie miałem ochoty dłużej tego znosić. Po raz ostatni pojawiłem się w pracy tylko po to, by odzyskać mój prywatny sprzęt i podziękowałem szefowi za współpracę.
Drugie wydarzenie, choć dla Ciebie Drogi Czytelniku mogłoby wydawać się nie istotnym dla mnie było tak samo wielkim, o ile nie większym, ciosem jak smsy od „szefowej”.
Od lat związany jestem z inną firmą, w której wykonuję podobne obowiązki jak w poprzedniej o której pisałem (dla pewności – nie są one konkurentami). Stanowimy newielki, ale dobrze zgrany zespół – niemalże rodzinę. Staramy się pomagaż jeden drugiemu w problemach nie oczekując oczywiście żadnych dowodów wdzięczności.
Jeden z naszych pracowników, który cierpi na problemy neurologiczne, kilkukrotnie był zmuszony skorzystać z mojej fizycznej pomocy w trakcie nasilenia problemu. Oprócz wsparcia fizycznego dołożyłem wszelkich starań by zapewnić mu max pomocy z mojej strony. Odnowiłem stare kontakty uzyskując nazwisko najlepszego dostępnego dla mnie lekarza specjalizującego się wtego typu przypadkach.
Podobnie w jego dolegliwości starała się pomóc mu jego Przyjaciłóka, która często odwiedzała go w miejscu pracy. Wystarczyło spojrzeć w jego oczy, żeby zauważyć, że pragnie, by przyjaźń przerodziła się w coś więcej.
Któregoś dnia, dowiedziałem się, że Przyjaciółka ma również problemy zdrowotne. Moja reakcja – standard. w ciągu minuty wykonałem telefon i zapewniłem jej doraźną pomoc. To spowodowało, że nawiązałem z Przyjaciółką nic sympatii i zaczęliśmy prowadzić szczere rozmowy prawie zawsze, gdy zjawiła się u kumpla w pracy.
Kilka miesięcy później koledze wyrwało się, że wspólnie z Przyjaciółką szukają mieszkania do wynajęcia. Rozumiesz to Drogi Czytelniku?
WSPÓLNIE !!!
Moja radość dorównywała ich radości, a może nawet była większa…? Bardzo lubię oboje, więc ich wpólne szczęcie działało na mnie jak gorące promienie słońca padające na moje serce (dokładniej mówiąc mózg, ale chyba rozumiesz o co mi chodzi). To była jedna z niewielu rzeczy, która dawała mi siłe do uśmiechu w tej pracy, a musisz wiedzieć Drogi Czytelniku, że nie jest to dla mnie proste. Niestety, do czasu…
– To między Tobą a Przyjaciółką musi się skończyć! Nie udawaj że nie wisz o co mi chodzi!
– Próbujesz ją poderwać!
Zdębiałem. Przez krótką chwilę liczyłem na to, że to wszystko tylko mi się wydaje, że po prostu mi się to śni…
Szok, ból, agresja. Znane mi już od lat, następujące po sobie nieodzownie uczucia wybuchły niczym wulkan. Serce kołatało mi w piersi sprawiając wręcz fizyczny ból po którym nastąpiła całkowita niemoc. Wróciły wspomnienia rozczarowania i rozpaczy po utracie miłości. Wspomnienia, kiedy to jednego dnia straciłem i kochaną kobietę i „przyjaciela” wróciły zwielokrotnione i tak samo jak wtedy zabolały. Kiedyś Ci o tym opowiem Drogi Czytelniku.
Przez cały wieczór nie potrafiłem uwierzyć w to, o co zostałem oskarżony. Czyli co? Moja chęć pomocy, rozmowy, wszystko to po to by doprowadzić do seksu z Przyjaciółką? To był cios, którego skutki odczuwam do dziś. Od tej pory sama myśl, że mam iść TAM do pracy poprzedzony jest całym rytuałem gdzie głębokie wdechy są jedynie małym elementem.
Tygodnie niemocy doprowadziły mnie do podjęcia decyzji o leczeniu w szpitalu. Teraz, leżąc na łóżku liczę na poprawę. Wszystkiego.
Zdrowia.

NostrAdamus

Dodaj komentarz